
O Instagramie już pisałam w moim świeczkowym pamiętniku. No ale teraz to już naprawdę – Instagram znowu mnie zaskoczył! Tym razem przez influencerkę. „Mam duże zasięgi, chętnie podejmę współpracę! Przetestuję Twoje świeczki, tylko wyślij je, zrobię super relacje!” – coś takiego wpadło mi na telefon. Serio? Influencerka? Zasięgi? To nie mogło się nie udać! Co może pójść nie tak?
Wysyłam więc trzy świeczki. Z tej radości, że ktoś zechciał współpracować, wysłałam je, jakby nie było jutra. Influencerka miała 23 tysiące obserwujących, więc to już chyba gwarantuje, że co najmniej dziesięciu ludzi z nich zapragnie moich świec, prawda? W końcu to ja robię produkty, które święcą sukces! Tylko jeszcze muszę je sprzedać. Ale spoko, mam stronę internetową, wszystko jest gotowe, nawet przyjaciółka jedną zamówiła! Jestem gotowa na rozwój. Co tam, na podbój świata! A tu ta influencerka, która na pewno zrobi mnie sławną.
Czekam. I czekam. I czekam. Telefon w ręce, wzrok wlepiony w ekran. Chciałam tylko to jedno: czy ona w końcu wstawi jakąś relację? Czas mijał, moje nerwy rosły. W końcu zagaduję: „Hej, paczka doszła, co z tą relacją?” I dostaję odpowiedź: „Oj, piękne te Twoje świeczki, pachną cudownie. Niedługo zrobię relację, podeślij kolejne 3 sztuki.”
Tylko… a co z tymi, które już wysłałam? Chyba nikt nie prosił o drugą turę, ale dobra, niech będzie. Czekam dalej.
I w końcu… jest! Reel! Tak, ten moment, na który czekałam! Jestem cała w emocjach, bo czuję, że to będzie jak wielki spektakl. Wzruszająca scena. A co widzę? Influencerka wyciąga świecę, kręci nią trochę przed kamerą, w tle jakaś dziwna muza a potem? Potem po prostu stawia ją na stole. I tyle. Ani wąchania, ani zapalenia. Moje świeczki mogą pachnieć cudownie, ale ona ich nie poczuła. Za to pobawiła się pudełkiem. Opukała je ładnymi paznokciami. I co, na tym ma polegać moja współpraca z influencerką?! To na pewno nie było to, co sobie wyobrażałam. Przecież sama potrafię opukać pudełko! Zasięgów nie mam, ale technikę opukiwania na pewno.
Z wybuchu złości, wrzuciłam własny post – opukuję to pudełko z moimi świecami w stylu ASMR. W tle mój Misiek woła: „O chuj wam chodzi?!” – bo w sumie, czemu by nie dodać trochę dramaturgii? A influencerka? Cisza. Ani słowa. Zero kontaktu. Moje świece przeznaczone na sławę lądują w zapomnieniu.
Czekam jeszcze chwilę, bo miała dostać kolejne świeczki. Może teraz się ruszy… ale niestety, cisza. Zero relacji.
Mieliście podobne historie? Kiedy zasięgi nie idą w parze z jakością współpracy?
Jeśli chcesz więcej felietonów z „Pamiętnika świeczkary” zapraszam Cię po inne teksty, które znajdziesz na blogu:
- zasady bezpiecznego palenia świecy
- Jak się robi świece sojowe
- jak zostałam producentką świec
- jak wygląda promocja rękodzieła w social mediach
- jak nie zostałam instagramową milionerką
- jakie właściwości mają świece sojowe
Ściskam Cię gorąco
Monika