
Social media pełne są świeczek, pięknej rzemieślniczej roboty, którą widzę na każdym kroku, oraz pełne obietnic sukcesu. Czemu to widzę? Bo każdy z nas lubi podejrzeć „konkurencję”. A przy szkoleniu „Jak prowadzić mały biznes w świecie social mediów” sama zatrzymałam się na sekundę… czy pięć. I już – złapałam się w tę machinę. Algorytmy czy co tam – wyłapały mnie jako potencjalną ofiarę „kup kurs”. I się zaczęło…
Szkolenia, kursy – tylko to i świeczki widzę na socialach.
Jak zdobyć 10 tysięcy obserwujących na Instagramie. Z drugiej strony:
„nie musisz mieć 10 tys. Obserwujących, żeby sprzedawać” Nauczę Cię. Nie pisz #, pisz #.
„Jak w trzy miesiące zamienić swoje konto ze 100 obserwujących w 20 tysięcy i zarabiać 23 tysiące złotych miesięcznie.” Pisz e-booki! Ale że jak, robię świeczki mam pisać e-booki. Są już takie? – to będą Twoje lejki sprzedażowe – słyszę.
Czytam, bo… no dobra, ciekawość.
I nagle: – Nie musisz nawet pisać swoich e-booków! Dam Ci gotowe schematy – sprzedasz je z zyskiem! – Nie musisz się przecież znać! Że co, proszę? Czyli że jak nie mam pojęcia o hodowli lam, to i tak mogę sprzedawać kursy dla hodowców lam, doradzając im, jak je hodować?!?
Kurwa… – myślę sobie. Czyli ci wszyscy z pięknymi wideo, uśmiechający się do mnie „eksperci”, tak naprawdę nic nie wiedzą, ale mają schematy, rolki, AI i sprzedają? Tak jeden od drugiego… A ja się tu produkuję, szkolę, uczę o knotach, testuję, a w życiu bym nie nazwała się coachem. Tylko próbuję to jakoś wypromować, sprzedać moje świeczki, świat olśnić… i, i… no… patrzę na to wszystko z coraz większym niedowierzaniem.
Bo ja naprawdę (o zgrozo!) jestem przekonana, że ci online’owi trenerzy z tego żyją, że ludzie im wierzą, kupują te kursy za 89 zł… Bo gdyby nie, to nie byłoby takiego wysypu tych szkoleniowców. I przepraszam z góry, bo pewnie są i tacy uczciwi trenerzy, co się uczyli i mają doświadczenie, nie tylko „zapożyczone schematy”, a ja pewnie miałam pecha… Ale no wiecie… no.
Ale człowiek głupi. No ja głupia – umówmy się. Za cholerę nie potrafię rozgryźć tego instagramowego świata. Wkurza mnie to już, że naprodukuję się tych zdjęć świeczek (w trawie, na drewienku…, nawymyślam, napiszę, jak to pięknie pachną – a potem widzę w statystykach, że oglądało to 26 osób. No, ale jak!? Ładne było. To czemu? A inni mają mniej ładne, a mają więcej…
A te pukańce ASMR-owe? To pukać mam? Ni chuja… Zabawne to dla mnie. Może boomer jestem. Bo czerwone paznokcie też lubię, a ponoć niemodne.
Ale wracając do tematu…
Złapałam się. Na kurs prowadzenia Instagrama się złapałam, jak ryba na haczyk bez robaka.
Pani mówiła dokładnie do mnie:
– „Stanełaś w miejscu? Wydaje Ci się, że wszyscy wokół odnoszą sukcesy, tylko nie Ty? Masz chaos?”
No mam.
– „Wszystko Ci pokażę – za darmo! Zobacz, jak inni z mojego kursu osiągnęli sukces.”
I patrzę jak ten tempak z otwartą gębą i wiem, że: taaaa, aha… A z drugiej strony: a może…? No to klikam. Biorę. Choć za darmo, to wiadomo…Kurs trwał półtorej godziny. W wannie oglądałam, żeby Misiek nie widział i nie śmiał się w głos ze mnie. Woda w wannie wystygła, ja wgapiona w ekran, serce mi rośnie – tak, tak, tak! Wszystko jasne. No mówi, jakby wiedziała… rozumiała.
Na końcu: – „Powiem Ci, co dalej – ale już w wersji płatnej.” No w sumie jasne, za darmo to wiadomo. Musi coś zarobić babeczka, z całej swojej wiedzy się nie wyprztyka tak po prostu. A na liczniku widzę, że ponad 250 osób ogląda na żywo i nikt nie ubywa. Wszystkim się podoba, znaczy. Konkret będzie. Jak prowadzić świeczkowy biznes, jak ustawić reklamy, jak zarabiać. Powie mi.
Biorę! BLIK na 89 zł poszedł.
Kurs – etap II. Wody dopuściłam. Oglądam dalej (Pani ma teraz relax) dosłownie 🙂 Niech nikt z domowników nie waży się przeszkodzić.

A ona: – „Rób lejki sprzedażowe… Powiem Ci, jak pisać e-booki o tym, co robisz, i sprzedawać je za 89 zł. Dam Ci gotowe schematy…”
CO KURWA…?! O tym, jak robić świeczki, też wie!? I że to ma być mój lejek sprzedażowy. Na końcu:
– „Jesteś gotowa/wy? Tylko dziś promocyjna cena kursu, na którym dostaniesz moje wsparcie, dostęp do grupy na Facebooku i gotowe schematy, rolki…!”
Cena? 15 000 zł.
Masz 10 minut na decyzję. Zegar tyka. Serio – na webinarze odlicza czas. Ona wtedy śle uśmiechy, na czacie odpowiada… Każdy wysyła serduszka, ochy, achy, ach, jak wspaniale. Oczy im się pootwierały (piszą na czacie)… niektórym. Dupa chyba, myślę już na głos. Wiem, że to ściema, a mimo wszystko czuję presję. Tyk, tyk…
Bo może to działa? A ja się mylę zwyczajnie? Może zrobi mi takie hokus-pokus i nie nadążę z kupowaniem słoików na świeczki, bo będą schodzić jak ciepłe jagodzianki? Presja ogromna. O chuju złoty… co ja przeżywałam w tej wannie z zimną wodą to moje…
Pewnie gdybym miała te pieniądze na koncie, to może i bym kliknęła. Potem pluła sobie w brodę. Bo wiadomo – tu raczej nie obowiązuje „14 dni na zwrot”.
Nie kliknęłam. Odpadłam.
Po kąpieli nawet nie chciało mi się kremować. Spać poszłam od razu.
A Ty?
Jeśli też łapiesz się na te obietnice, jeśli czujesz, że coś jest nie tak – wiedz, że nie jesteś sama czy sam.Nie wszystko, co błyszczy w socialach, to złoto. Czasem to po prostu dobrze nagrane złudzenie.
Ściskam Cię cieplutko
Monika