Jak się robi świece sojowe, albo… jak się ich nie robi

Bo, że robi się dość prosto – to już wiem. Wiem od chwili, gdy odkryłam, ilu jest producentów świec. Większych, mniejszych, takich z warsztatem w stylu loft-industrial i takich, co mają warsztat we własnej kuchni – jak już wszyscy z niej wyjdą.

Moje doświadczenia z warsztatami robienia świec

Szkolenia? Jest ich masa. I tak kiedyś, jako jeszcze raczkujący producent, co płakał nad knotami (bo, kurwa, nie da się ich zgłębić i zrozumieć!) poszłam na warsztaty. Może mi pani powie, jak dobrać te knoty – myślę. W końcu szkolenie.

Siedziałam cicho. Nie przyznałam się, że już robię świece – bo jeszcze by się babka spięła. Po co komu komplikować? Jej warsztat, jej zasady.

Dostałam miejsce przy stoliku razem z dziesięcioma innymi uczestniczkami, wszystkie z zaróżowionymi policzkami i błyskiem w oku – chłonne wiedzy tak jak ja. Przede mną mata, na niej miseczka ceramiczna i… tyle.

Wokół pełno małych wosków – kwiatki, listki, dynie, buźki. Ładne to, kolorowe, ale już gotowe.
Pani, stojąc dupą do nas przy garnku, rzuca: „Zaraz podam wam wosk. Jest mięciutki, nasmarujcie się nim, bo to jak masełko. Ja go teraz topię, a za chwilę będziemy robić świece.”

Knoty do świec – zagadka bez rozwiązania

No dobra. A knoty? Gdzie knoty?

Jak już pani stanęła twarzą do nas, to rozdała każdemu po knocie.
Pytam: „A jaki to knot?”
„No, taki jaki mi przysłali” – odparła.

Czyli że co – sklep? Producent? Bo ja widziałam i drewniane, i takie sznurki, a ten jest z blaszką.
„Tak, to są knoty z blaszką.”
Kropka.

A czy bawełniany? Z rdzeniem papierowym? Pleciony? Skręcany?
A o drewnianych?
No nic.

Dostaliśmy jeszcze okrągłe dwustronne naklejki i każdy dzielnie przykleił swój knotek na środku ceramicznej miseczki.
Czy był odpowiedni do rozmiaru naczynka? Śmiem wątpić.
Ale dobra. Knot jest. Teraz olejki.

Olejki zapachowe – a gdzie proporcje?

I tu cała opowieść – o ich wspaniałych właściwościach, aromaterapii, zapachach, magii i cudach.
„A ile tego olejku na taką miseczkę?” – pytam. Pytanie z dupy, wiem, bo przecież ilość olejku dobiera się do gramatury wosku, jego właściwości i stężenia zapachu.

Milczę.

Pani bierze łyżkę – taką jak do zupy, stołową łyżkę… – i mówi:
„Ja wlewam taką łyżkę.”
Po czym do naczynia z rozpuszczonym woskiem (standardowy topielnik 3 l) wlewa łyżkę olejku. Zachwyca się nad zapachem, miesza, uśmiecha się i ogłasza: „Teraz zalejemy świecę!”

Każdemu wlewa po trochu do naczynka z knotem.
„Zrobiliśmy pierwszą świecę sojową! Ale to nie koniec!” – dodaje triumfalnie.

Z przepastnej torby wyciąga suszone kwiatki, zioła. Dorzuca to do już leżących na stole kolorowych woskowych buziek i listków – i oznajmia:
„A teraz najważniejsze w tworzeniu świecy – ozdabiamy!”.

Co?!?

Jak naprawdę zrobić świecę sojową? 

Wyszłam ze szkolenia za 350 zł ze świeczką, której nawet nie zalałam sama. W naczynku, którego nie wybrałam. Z knotem niewiadomego pochodzenia. Z paroma suszonymi kwiatkami na wierzchu.
Ale się nauczyłam!

Więc jeśli to czytasz Ty, który/która chcesz robić świece – to wiedz, że nie tak. To szkolenie było złe… oj złe. Przede wszystkim zaczęłabym od odwrotnej kolejności:

Najpierw wybierasz wosk – a tych jest mnóstwo i od różnych producentów (musisz wiedzieć do jakiej świecy: zalewanej w naczyniu, czy może wolnostojącej, a może chcesz świecę w kształcie misia)? Uwierz, to robi różnicę. Wosk woskowi nie równy. Kiedyś próbowałam robić tabliczki zapachowe z wosku sojowego pod zalew świec. Wyszła, ale… zbyt miękka, „oszroniona” nie taka jak trzeba. Jeszcze o tym napiszę…


Potem naczynie – ja wybrałam słoik, w myśl zasady zero waste. Wszystko dobre to, co można użyć ponownie. Słoik zawsze się przyda.

Dalej – knot. Pasujący rozmiarem i właściwościami do Twojego naczynia i wosku. Ja używam ekologicznych bawełnianych, skręcanych z rdzeniem papierowym, bo są sztywniejsze, dobrze się trzymają i po wielu, wielu próbach mam w końcu takie knotki, które równo wypalają powierzchnię świecy i dobrze emitują zapachy przy jej spalaniu. Także knot ma duże znaczenie i o nim powinno być na tym szkoleniu więcej.

Potem wybierasz olejek zapachowy albo eteryczny.
Jakże brakowało mi wtedy pudła z 50 małymi olejkami do powąchania. Bo skąd mam wiedzieć, co jak pachnie? Czytałam opisy.
I wydałam kupę forsy na zapachy, które pachniały pięknie w buteleczce, a w świecy – buuu. Smutek. Zero zapachu. Bo na to też nie ma prostego przepisu. Nie wystarczy wlać łyżki, zamieszać i voila. Tu

Każdy producent podaje inne stężenie, jedne mocniejsze, inne słabsze. Przydaje się edukacja z kart charakterystyki zapachu (każdy producent olejków taką udostępnia) A przy olejkach eterycznych – to już w ogóle inna para kaloszy. Ich łączenie, proporcje, właściwości – trzeba czytać, uczyć się. Długo by pisać. Jeszcze o tym będzie… obiecuję.

W końcu – produkcja.
Pani na szkoleniu nie mówiła nic. Po prostu wlała wosk. A to temperatura ma znaczenie! Nie przegrzewać: 80°C to absolutny max.
Zapach dodajemy w odpowiednim momencie – między 55 a 65°C – bo inaczej „ucieknie”.
Mieszanie? Też ma znaczenie – nie za szybko, nie za wolno, 2 minuty. Jak za krótko, to później brzydki ślad w słoiczku.

Czego się nie dowiedziałam na szkoleniu?

O błędach nikt nie wspomniał. A można ich zrobić cały zestaw. Popiszę jeszcze o tym. Bo się uzbierało…

Trafiłam na nienajlepsze szkolenie. Może pani lejki zasięgowe robi, a świec nie. Ale są też dziewczyny, które z pasją uczą i widać, że mają wiedzę. I takich szkoleń Wam życzę – jeśli wpadniecie w ten świeczkowy obłęd.

Ja nie miałam szczęścia z tym szkoleniem, ale byłam dość uparta by uczyć się sama na błędach.

Świecę mam do dziś. Boje się ją zapalić. Nie pachnie niczym. Jest trochę zakurzona. Ale mam – na pamiątkę (zdjęcie poniżej).

Jeśli chcesz więcej felietonów z „Pamiętnika świeczkary” zapraszam Cię po inne teksty, które znajdziesz na blogu:

Ściskam Cię gorąco

Monika

You are currently viewing Jak się robi świece sojowe, albo…  jak się ich nie robi